Moskwa-Irkuck: kolej transsyberyjska

Moskwa to pewnie temat na inną opowieść tymbardziej że spędzam tu tylko jedną dobę, głównie na praniu i dodatkowych zakupach. Udaje mi się jedynie odwiedzić Stary Arbat, ulicę z pamiątkami. Nic specjalnego, moim zdaniem, suweniry i tłum. Urzekające są za to stacje metra. Klasycystyczny rozmach, marmury i kolumnady, potiomkinowskie schody, żyrandole i kandelabry, kafelkowane posadzki budują wrażenie podziemnego muzeum gdzie między pokojami zwiedzający poruszają się pociągiem.
Cena z jeden przejazd metrem to 55 rubli, czyli niecałe 4 złote (2017: 1 euro=68,5 rubla).
Następnego dnia tymże metrem dojeżdżam do stacji „Komsomolskaja” na jeden z wielu moskiewskich dworców – Jarosławski, z którego wyruszają pociągi dalej na Wschód.

Bilety najlepiej kupić za pomocą tutu.ru. Można płacić kartą i paypalem, widać ceny, można wybrać miejsca. Biletu, który otrzymujemy internetem nie trzeba wymieniać w kasie na zwykły bilet.

Higiena: 4 dni w pociągu to jednak trochę. Jeśli podróżujemy budżetowo, czyli „Płackartnym” nie ma tam łazienki, dlatego dobrze wziąć wilgotne chusteczki, ręcznik, pastę do zębów i szczoteczkę. Pociąg zatrzymuje się co kilka godzin na 15min-1h także można również zaopatrzyć się na dworcach.

Jedzenie: też nie ma z tym problemu. W wagonie dostępny jest wrzątek 24h/dobę. Także zupa z Gorący Kubek czy herbata nie stanowią problemu. Podczas postoju na dworcach można zakupić wędzoną rybę, bułeczki, owoce, słodycze, czasami obiad od babuszki. Jest też droższa opcja – wagon restauracyjny.
Piwo 200 rubli, wódka 1400 za 0.7l, kanapka 250, sałatka 350, herbata 100, kawa 200, czyli drogo nawet jak na polskie warunki (1euro=~70rubli).

Bezpieczeństwo: nie ma się czego obawiać. Wiadomo, najważniejsze rzeczy zawsze warto mieć przy sobie ale nie ma pijaństwa (picie alkoholu w pociągu poza wagonem restauracyjnym jest nielegalne) ani stresowych sytuacji.

Miejsca: najlepsze są dolne. Mamy do dyspozycji stolik, pod kanapą jest zamykane miejsce na bagaż. Można usiąść w przciwieństwie do górnych miejsc na których da się tylko leżeć. W dobrym tonie jest jednak składać pościel podczas dnia aby pasażerowie z górnych siedzeń mogli się dosiąść. W wagonach „coupe” da się siedzieć na wyższych miejscach.

Prąd: jest gniazdko koło przedziału nr 1, bardzo okupowane. W wagonach „coupe” gniazdek jest więcej.

Telefon: SIM z sieci Megafon. Za kilkaset rubli można mieć pre-paida z bardzo dobrym zasięgiem i mnóstwem internetu. Karta, którą kupilem w Moskwie sobodnie wystarczyła mi na miesiąc a nie oszczędzałem się. Połączenia z Polską za pomocą GSM są bardzo drogie (okolice 15zł za minutę) za to dzwonienie przez facebooka nie kosztuje praktycznie nic, transfer jest na tyle dobry, że znad Bajkału nadawałem rodzinie videorelacje 🙂

Z notatnika:
Mam jeszcze trzy godziny do odjazdu, zasiadam więc w poczekalni spisując notatki gdy rozlega się dźwięk fortepianu. Czyżby flash-mob? Raczej nie, pianista na fortepianie, pod czujnym okiem pana policjanta przygrywa podróżnym co skoczniejsze rosyjskie klasyki i to przygrywa calkiem nieźle. wibrujące pod sufitem hali dźwięki nie wywołują żądnej reakcji na nikim z oczekujących. Wygląda na to że czakają, i tylko czekają, nie robiąc przy tym absolutnie nic oprócz czekania. Nikt nie ma potrzeby „zabicia czasu”. Nie czytają prasy, nie stukają w komórki, somnambuliczne rosyjskie czekanie na pociąg.

I w końcu jest. Podstawiają „Moskwa-Czita” (Czyta?) na peron gdzie po raz pierwszy mogę zobaczyć swoich współtowarzyszy niedoli kilkudniowej jazdy pociągiem. Już wiem, że sławne rosyjskie transsyberyjskie pijaństwo nie będzie miało miejsca. W większości podróżują kobiety, kobiety z dziećmi, rodziny.

Każdy wagon ma swojego prowadnika – kogoś w rodzaju konduktora pilota. Nasz, ubrany w białą bluzę mundurową sprawdzając bilety, swoim dostojeństwem i spokojem przypomina bardziej admirała Titanica witającego bogaczy na pokładzie liniowca, niż konduktora pociągu.
Widać, że ten zawód był kiedyś, może nadal jest powodem do dumy.

W moim przedzial babcia z wnuczkiem czule żegnanym przez rodziców w Moskwie, pan z nosem w iPadzie i studentka z mamą na niższych siedzeniach. Swoją wynisłością starają się udowodnić, że należą do wyższych sfer. Od razu rozścielają pościel i kładą się żeby nikt z maluczkich nie siedział z nimi. Sądząc po bagażach, a nie mają i dużo jadą niedaleko i tak też jest. Wysiadają w Jarosławiu. Na ich miejsce pojawiają się małomówne rosjanki.
Jedziemy.
Współpasażerowie zapadają w stan dziwnego wyczekiwania. Wydawałoby się, że podczas kilkudniowej podróży wagon będzie tętnił życiem, wszyscy będą zaopatrzeni we wspomagacze zwalczania nudy, prasę, książki, mp3ki. A tu nic z tych rzeczy, towarzystwo zapada w trans, ścielą, kładą się, usypiają jak hibernująca się załoga statku kosmicznego przed wieloletnią podróżą.
Jadą w milczeniu, nie rozmawiając ze sobą, nie mają do siebie pytań, nikt nikogo o nic nie prosi. Ciekawe czy za czasów Sowieckiego Sojuza było inaczej, inny obraz przecież objawia się w sowieckiej kinematografii czy literaturze.

Drugi dzień w pociągu.
Za brudnym oknem ciągle piękny liściasty las szczodrze przeplatany brzozowymi zagajnikami. Drzewa iglaste pojawiają się znacznie rzadziej niż wioski, w których z kolei z rzadka pojawiają się murowane domy a jeśli już to zawsze bez tynku, tylko białe pustaki.
Z jednej strony mnie również zaczyna się udzielać transgalaktyczny letarg, bo niby czemu się ekscytować jeśli jest taka fura czasu na zaspokojenie podstawowych potrzeb egzystencjonalnych. Z drugiej, przypomina się otwierająca scena z „Truposza”, przynajmniej pod tym względem, że w moim przedziale i najbliższym otoczeniu nie ma już nikogo kto wsiadał w Moskwie. Jak i pozstali nie mam pomysłu na zabicie czasu, jedyna próba rozruszania szarych komórek to starania uczynienia tych notatek kolorowymi i czytalnymi. Nie pisałem żadnej dłuższej „beletrystyki” od liceum i w zasadzie przypominam sobie jak się to robi, używając jako pomocy naukowe książki Collina Thubrona „Góra w Tybecie”. Jeśli interesuje Cię Nepal, Tybet albo dalekowschodni spirytualizm to gorąco polecam, książka to dygresyjny reportaż z pielgrzymki na górę Kailash. Nasuwa się pytanie jak powstają książki podróżnicze? W jakiej części powstają w drodze? Co podczas podróży pisze autor? Dziennik? Noatatki? Gotowe fragmenty? All of above…?

Trzeci dzień w pociągu,
a może w czyścu czy buddyjskim bardo? Tak się czuję, trochę uwięziony pomiędzy. Pomiędzy tym kim byłem w Moskwie, a tym kim będę w Irkucku. Moja podświadomość chyba próbuje się oswoić z faktem, że przede mną ponad dwa miesiące oderwania od codzienności, na innym kontynencie.
Rosjanie natomiast powoli zaczynają się jakby relaksować. Słychać coraz więcej rozmów. Może to zabawne ale znajome twarze zaczynają mi się kłaniać. Siłą rzeczy zaznajamiam się też z paniami z dołu, gdzie schodzę na posiłki i użyczam od nich stolika. Na górnych miejscach da się przybwać niestety tylko w pozycji leżącej, a dolne mają stolik i więcej swobody jeśli chodzi o pozycję ciała a co najważniejsze można się wpatrywać w niekończący się las za oknem gdzie na dobre 100 km przed Omskiem brzoza dominuje drzewostan i praktycznie nie występują inne wysokie gatunki. Teren jest wyraźnie podmokły.
Za oknem przesuwa się Jekaterinburg, kolejne rosyjskie miasto w remoncie generalnym i na pół godziny transsib zatrzymuje się w Bałabińsku. Na peronie przedsiębiorcze babuszki zachwalają swoje towary, którymi ze względu na dużą ilość okolicznych jezior są ryby. Wędzone (150 rubli), pieczone karasie (50 rubli) czy ikra, rodzaj rubnego mielonego z ciastem są doskonałym urozmaiceniem menu składającego się do tej pory głównie z pierożków z ziemniakami czy kapustą, albo zupek błyskawicznych.
Wg. moskiewskiego czasu (który ciągle mam na zegarku) czyli obowiązującego jakieś 3000 km na zachód stąd, dzień zaczyna się chyba o pierwszej w nocy a wieczór z kładącymi się po równinie długimi cieniami już k. 16-tej i będzie trwał do ok. 20-tej. Na razie nie przestawiam zegarka, żeby nie pomylić się w wydrukowanej liście przystaknów, która opisana jest wg czasu moskiewskiego. Wieczorem będziemy w Nowosybirsku.

Dzień 4.
W godzinach okołopołudniowych pociąg zatrzymuje się w Krasnojarsku spowitym grubą warstwą chmur. Po peronie widać, że padało, jest też zdecydowanie chłodniej wewnątrz wagonów.
Otaczająca okolica staje się na pewien czas malowniczym krajobrazem wypełnionym brzozami (a jakże), fioletowym kwieciem (Rododendron Ledebourii?), choinkami z podpalanymi pniami przywądzącymi na myśl ubarwienie kotów syjamskich. Ustępująca duchota skłania współpasażerki do rozmów w których przypominają mi moją babcię pochodzącą z Ukrainy, o podobnej mentalności i problemach. Pamiętam ją sprzed 30 kilku lat, gdy w głębokiej komunie podróżowaliśmy w przemyskie pociągiem, potem wąskotorówką w okolice Dynowa i Przeworska, zazwyczaj w wakacje albo Wszystkich Świętych. Okolica ta wtedy była prawdziwą wsią, bez asfaltu, tylko polne drogi, przejezdne dla furmanek ewentualnie traktora, więc szło się w klejącym błocie wiejską drogą, z walizkami do domu rodziny.
Wybieram się na małą przechadzkę po pociągu. Mijam wagony ‚coupe’ dające nieco więcej swobody, obite ciemną boazerią, brzmiące elgencją z przed kilkudziesięciu lat. W wagonie rastauracyjnym z sześcioma stolikami i zielonymi fotelami lotniczymi można się poczuć w jak w Hotelu Kasprowy z Zakopanem w 1975. Może to podróż na Wschód i w przeszłość zarazem?
Przy stolikach Rosjanie pociągają wódeczkę do obiadu, rodzina Hindusów przy pustym stoliku odpoczywa od klaustrofobii przedziału, dalej anglicy mocno pod wpływem rozstrząsają życie zawodowe koleżanki jednego z nich. W sumie światowo, tylko ten nienadążający za zachodnią cywilizacją wyblakły blichtr konkluduje rzeczywistość.
Po dusznej nocy, najgorętszej chyba z dotychczasowych – Irkuck.

Post Author: Piotr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *